Anna Matwiejewa, Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga
Anna Matwiejewa, Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga Z języka rosyjskiego przełożyła Magda Dolińska-Rydzek, Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2020 | fot.: Kreatywna.pl
Strona główna / Kultura / Książki / Niech mówią archiwa, niech mówią zmarli [Anna Matwiejewa, Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga]

Niech mówią archiwa, niech mówią zmarli [Anna Matwiejewa, Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga]

Tragedia na Przełęczy Diatłowa to jedna z najbardziej tajemniczych tragedii górskich ubiegłego wieku. Śmierć dziewiątki młodych, zaprawionych w turystyce, ludzi od lat przysparza więcej pytań niż odpowiedzi. Co więcej, nie brakuje przypuszczeń, że w wydarzeniach brało udział UFO, yeti albo specjalna jednostka wojskowa. Wznowione śledztwo dotyczące śmierci grupy Diatłowa staje się osią fabuły książki Anny Matwiejewy. Przedziwnego połączenia zapisów archiwalnych i bezpośrednich cytatów z akt z próbą oplecenia ich mistyczną opowieścią. 

Co się wydarzyło na Przełęczy Diatłowa?

Tragedia na Przełęczy Diatłowa czy też śmierć grupy Diatłowa to wydarzenie, które odbiło się szerokim echem nie tylko w Rosji, ale i w Europie. Miało miejsce na wschodnim stoku góry Chołatczachl, w północnej części Uralu, prawdopodobnie w nocy z 1 na 2 lutego 1959 roku. Grupa składająca się z dziewięciorga studentów i absolwentów Politechniki Swierdłowsku podczas wyprawy w góry Uralu (celem wyprawy była pobliska góra Otorten) poniosła śmierć w niewyjaśnionych ostatecznie do dziś okolicznościach. Na cześć przywódcy wyprawy, Igora Diatłowa, przełęcz, gdzie doszło do tragedii, nazwano Przełęczą Diatłowa.

Uczestnicy wyprawy, ludzie doświadczeni w turystyce w najtrudniejszych warunkach, zamarzli po nagłym wybiegnięciu z namiot u zostawiając za sobą ślady jakby szli gęsiego, z resztą sam namiot od wewnątrz pocięty był nożem. Młodzi ludzie zastygli w dziwnych, dynamicznych pozach, niektórzy z nich byli rozebrani, jedna z dziewcząt nie miała języka. Śledztwo wykazało, że działali w panice, mogli zostać oślepieni. Inni dopowiadają, że studenci stali się świadkami sytuacji nadnaturalnej. Wśród kilkunastu teorii dotyczących śmierci nie brakuje tropów o wydźwięku paranormalnym (UFO) czy kryptozoologicznym (yeti). Młodych ludzi miały zabić też infradźwięki, działalność wojskowa, eskadron śmierci lub zejście tzw. deski śnieżnej. Mogli też ponieść śmierć z rąk ludu Mansów – lokalnego ludu. Żadna z teorii nie uzyskała znaczącej przewagi nad innymi, a czas wydarzeń nie sprzyjał dokładnemu wyjaśnieniu zajścia. Po dziś dzień jednak zarówno fani teorii spiskowych, jak i profesjonalni badacze, poszukują przyczyny śladów promieniowaniach znalezionych na odzieży, powodów tworzenia konstrukcji z gałęzi, uzasadnienia dla decyzji o rozdzieleniu się grupy.

Co ciekawe,  27 stycznia – a więc na krótko przed tajemniczymi wypadkami – od grupy odłączył się jeden z uczestników, Jurij Judin, który jako jedyny ocalał z wyprawy. Na miejscu tragedii poszukiwania rozpoczęto dopiero 21 lutego. Opóźnienie poszukiwań wynikało po części z oczywistych braków komunikacyjnych. Według poczynionych wcześniej ustaleń, Igor Diatłow po powrocie z wyprawy na szczyt Otorten miał wysłać znajomym telegram z zawiadomieniem o spodziewanym sukcesie uczestników wyprawy. Według planu ekspedycja miała powrócić do Wiżaju najpóźniej w dniu 12 lutego. Kiedy jednak wiadomość nie pojawiła się, rodzina wszczęła alarm. Na skutek mnóstwa przeszkód organizacyjnych oraz ogólnej niechęci władz do pomocy, ekipa poszukiwawcza stawiła się na miejscu tragedii 25 lutego, zaś znalazła namiot grupy Diatłowa dopiero 26 lutego 1959 roku. Grupa była rozbita – pierwsze cztery ciała (wśród odnalezionych ofiar znajdował się m. in. Igor Diatłow), kolejne – dopiero 4 maja.

Historia cały czas buzuje, zwłaszcza, że całkiem niedawno odkryto nowe fakty. Siemion Zołotariow – jedna z najbardziej tajemniczych postaci wyprawy, nie spoczywa we własnym grobie. W 2018 roku na podstawie badań DNA stwierdzono, że został tam pochowany mężczyzna o nieustalonej tożsamości. Jurij Judin (jedyny ocalały) zmarł w 2013 roku w wieku 76 lat i zgodnie z jego ostatnią wolą został pochowany w miejscu, w którym spoczywają ciała uczestników wyprawy.

Na temat tego, co wydarzyło się niedaleko zbocza góry Otorten spekuluje się od lat. Także w popkulturze zainteresowanej przecież każdą niespotykaną tragedią i snującą własną opowieść pod hasłem: Przełęcz Diatłowa. Film Tragedia na Przełęczy Diatłowa nie zapisał się wprawdzie złotymi zgłoskami w historii kina, ale pokazał, na ile to fascynujący temat.

Anna Matwiejewa, Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga

Z języka rosyjskiego przełożyła Magda Dolińska-Rydzek, Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2020

Śmierć grupy Diatłowa to wydarzenie, które odcisnęło swoje piętno w historii ZSRR i później Rosji, obrosło mitami i spekulacjami. Wystarczy przeczytać nieco patetyczny (choć nadal cenny interpretacyjnie) wstęp do książki napisany przez Aliekseja Iwanowa:

Tragizm historii grupy Igora Diatłowa kryje się oczywiście w śmierci młodych ludzi. Jej dramat zaś w tym, że zginęli właśnie ONI. W tamtych czasach przeszliby selekcję do oddziału kosmonautów, a dziś wygraliby każdy bezlitosny casting do wszystkich szałowych telewizyjnych show. [s.6]

Tajemnicza śmierć młodych ludzi w okolicznościach, które wielu uznało za paranormalne, działa na wyobraźnię. Byli doświadczonymi turystami – ale nie ma jednak żadnych dowodów na to, że mieli nadzwyczajne umiejętności windujące ich do rangi herosów. Byli bardzo młodzi, mieli od 21 do 25 lat – była to przecież wyprawa studentów i absolwentów  Uralskiego Instytutu Politechnicznego w Swierdłowsku. Jedynie tajemniczy Siemion Zołotariow, były sierżant Armii Radzieckiej miał 37 lat. Ale wypowiedź Iwanowa pokazuje, że uczestnicy wyprawy feralnej w skutkach z czasem stali się bohaterami wyobraźni masowej. Tym większy ciężar spoczywa na ramionach pisarki, która musi zmierzyć się z legendą. Anna Matwiejewa w swojej powieści mierzy się więc z tajemnicą i pragnieniem rozwiązania zagadki grupy Igora Diatłowa, ale też stara się nadać całości rys fabularny. Z jakim skutkiem? No cóż, nie spodziewajmy się prozy a’la Don Brown i Kod Leonarda da Vinci. Przełęcz Diatłowa to ciekawe doświadczenie czytelnicze, ale z pewnymi uwagami.

O czym opowiada Przełęcz Diatłowa w warstwie fabularnej?

W wyniku zbiegu okoliczności pisarka zajmująca się dotąd pisaniem romansów zaczyna drążyć historię śmierci grupy turystów. Powieść (ważne rozróżnienie uczynione już na okładce) Anny Matwiejewy to przedziwna hybryda łącząca w sobie to co prawdziwe i potwierdzone faktami z fabułą dotyczącą osoby prowadzącej dziennikarskie śledztwo. Annę – pisarkę, która w latach 90. ubiegłego wieku próbuje dociec, co tak właściwie się stało, intrygują zarówno losy uczestników, jak i tok śledztwa mającego miejsce potem.

W atmosferę tajemnicy, pewnego mistycyzmu, wprowadza nas seria mniej lub bardziej prawdopodobnych zdarzeń: niezwykły sen, nagła śmierć sąsiada, który badał sprawę (tu jeszcze czytelnik rozumie konwencję), a następnie – spiętrzone (i zupełnie niepotrzebne) przypadki, w wyniku zaistnienia których Anna decyduje się napisać książkę i oddać głos dziewięciu osobom biorącym udział w wyprawie na Otorten.

Co ważne – Anna choć inteligentna, nie jest dziennikarką śledczą. Pisze romanse. Niemniej jednak prawie całkiem sama zajmuje się sprawą i usiłuje wydedukować, co zaszło. Do tej kwestii jeszcze wrócimy.

Powieść-niepowieść

We wstępie do swojej powieści Anna Matwiejewa mówi, że historia grupy Diatłowa jest wystarczająco straszna – nie wymaga koloryzowania ani fabularyzowania aby oddać grozę całej sytuacji i zadziałać na czytelnika. W Przełęczy Diatłowa dokonuje zatem ciekawego połączenia: cytuje niemal w całości dokumentację dotyczącą wypadku i dodaje do niej komentarz swojej postaci oraz fabularne losy Anny. Choć „losy” to słowo na wyrost. U Anny niewiele się dzieje, kobieta poświęca się swojemu śledztwu, spotyka jednocześnie kilka osób, prowadzi rozmowy, przeżywa mało literacki powrót męża marnotrawnego, otacza ją nadal nieco siermiężna rzeczywistość lat 90. Rosji.

Ciekawy jest sam komentarz odautorski wskazujący różne sposoby czytania książki:

Dla czytelników, których interesują wyłącznie dokumenty, wyznaczyłam w książce specjalny szlak: unikajcie podstawowej czcionki. [s.10]

Tym samym autorka dość bezpośrednio (i zaskakująco jednocześnie) daje do zrozumienia, że właściwie można zignorować jej pracę twórczą na rzecz czystych dokumentów dotyczących sprawy śmierci dziewięciu osób. To nieco karkołomna zachęta w przypadku, gdy ma się ochotę napisać powieść.

Jednocześnie Matwiejewa pokazuje, że śledztwo poniekąd możemy przeprowadzić sami. Autorka podrzuca nam co ważniejsze dokumenty, delikatnie podsuwa tropy i sugestie. Co ważne – nie mnoży teorii spiskowych, nie dodaje nieistniejących świadków czy fikcyjnych elementów dotyczących sprawy bezpośrednio. Nawet wplecione w powieść postaci realne mają tak naprawdę niewiele do powiedzenia, jakby czytały swoje wypowiedzi z kartki. Tu przede wszystkim mówią archiwa, a czytelnik może wyciągać własne wnioski.

Cuda-dziwy

W swoim wstępie Anna Matwiejewa mówi jeszcze jedną rzecz:

I jeszcze muszę was uprzedzić, że to naprawdę straszna lektura. […] Niektórzy wyznali mi, że dążąc do rozwiązania zagadki, nie od razu dostrzegli, iż zaczęło się z nimi dziać coś dziwnego. Nie ma w tym żadnej mistyki, być może to jedynie zbieg okoliczności. [s. 10]

Autorka więc stara się podsycić pewną aurę dramatyzmu i tajemnicy wokół sprawy zasłaniając się trochę nieszczerym stwierdzeniem: nie ma tu mistyki. Jednak za chwilę autorka dodaje swoje „ale”. W warstwie fabularnej dzieje się dużo rzeczy trudnych do wyjaśnienia, takich zbiegów okoliczności właśnie (i swoją drogą takich, w które trudno uwierzyć nawet przyjmując konwencję pisarki). Tajemnicze okoliczności, postaci, sny, duchy. W końcu zagadka śmierci dziewięciorga rozwiązuje się niemal sama, a zakończenie książki pojawia się na zasadzie Deus ex Machina. Pisarka staje się narzędziem, dzięki któremu prawda ma okazję ujrzeć światło dzienne. Im bliżej do końca lektury, tym bardziej mamy wrażenie, że pisze w transie, przekazuje wiedzę od samych Diatłowców. To spora mielizna w książce – bo choć aura tajemnicy wokół sprawy może być atrakcyjna dla czytelnika, to w tym wydaniu jest nieco zbyt bezpośrednio podana i na dodatek podlana pewną dawką patosu.

Śledztwo w głowie

Jak wspomniano wcześniej, powieściowa Anna jest twórczynią romansów. Właściwie nie ma żadnego rozsądnego uzasadnienia, dla którego podjęła się śledztwa: nie ma wiedzy, doświadczenia. Jej działania opierają się w dużej mierze na tym, co podsuwa jej tajemnicza Swieta. I choć nie można Anie odmówić trafności spostrzeżeń, inteligencji i umiejętności łączenia faktów, to jednak jej śledztwo nieco kuleje. Ciekawe wątki bywają bezceremonialnie porzucane (sprawa onucy, kwestia Siemiona Zołotariowa), świadkowie i badacze sprawy są papierowi, jakby sami pochodzili z jakiegoś archiwum. Niektóre hipotezy związane z okolicznościami tragedii na Przełęczy Diatłowa są interpretowane w sposób mało wiarygodny, choćby od strony psychologicznej. Jednym z takich przykładów jest teoria dotycząca możliwego zabójstwa uczestników wyprawy przez zbiegłych przestępców:

[…] A poza tym zeki zekami (Zek to ogólne określenie na więźnia systemu Gułagu w ZSRR. Nazwa pochodzi od skrótu z/k stosowanego w państwowych dokumentach oznaczającego osobę uwięzioną – przypis D.P.), ale jakoś trudno sobie wyobrazić, żeby silni i wysportowani członkowie grupy Diatłowa byli przestraszeni i posłuszni – do ostatka sił walczyliby o życie swoje i swoich przyjaciół. [s. 262-263]

Zupełnie nie wiadomo, skąd Anna wysnuła tak stanowcze stwierdzenie dotyczące ewentualnego spotkania z więźniami. Nigdzie przecież nie znalazła przesłanek do tego typu pewności. Może poza ogólnikowymi stwierdzeniami, że uczestnicy tragedii byli odważni. Wciąż jednak było im bliżej do dzieci niż komandosów czy zbiegłych przestępców. Takich uproszczeń jest tu sporo. Być może wynikają one ze słabości tej teorii w czasach współczesnych, z pewnością nie są jednak wiarygodne jako efekt tak przeprowadzonej dedukcji.

Przydałby się tu ekspert, ktoś kto swoim autorytetem podeprze ślady i tropy, kto umocni wiarygodność dedukcji albo poda w miarę współczesne interpretacje faktów (w miarę, bo akcja dzieje się w latach 90). Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby główna bohaterka miała którąkolwiek z cech niezbędnych do stania się autorytetem. Z jakiegoś jednak powodu autorka nie idzie tą drogą. Jakby chciała zrównać szanse na rozwiązanie sprawy swojej postaci z wyobrażonym czytelnikiem, który nie dysponuje wiedzą o wiele większą niż Anna. Może nawet z takim, który nie słyszał wcześniej o sprawie członków wyprawy stawiającej sobie za cel szczyt Otorten. To bardzo ciekawy zabieg, który wspiera odbiorcę w analizowaniu źródeł i wyciąganiu swoich wniosków.

Namiot znaleziony na Przełęczy Diatłowa
Namiot znaleziony na Przełęczy Diatłowa | fot.: By Anonymous / Soviet investigators – „Mysterious Deaths of 9 Skiers Still Unresolved”, Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=11703788

Czego brakuje

Nie mamy autorytetów, za którymi moglibyśmy podążać co, jak wspomniano wcześniej niekoniecznie jest tu wadą, choć wpływa na warstwę fabularną. Innym zauważalnym brakiem jest całkowita rezygnacja z jakichkolwiek zdjęć dokumentujących zarówno wyprawę, jak i tych wykonanych na miejscu tragedii. Dziś wystarczy wpisać w przeglądarkę internetową hasło: Przełęcz Diatłowa, aby ujrzeć na własne oczy mniej lub bardziej makabryczne zdjęcia ofiar, zobaczyć znaleziony namiot czy fotografie samej Przełęczy. Niewiele z tego znajdzie się w powieści Anny Matwiejewy. Sama bohaterka obcuje raczej ze słowem, ogląda niewiele zdjęć, jedną kasetę z zapisem posiedzenia klubu „diatłowskiego”, ale za to czyta zapisy, archiwa, sprawozdania, protokoły czy wyniki sekcji zwłok i wszystko to znajdzie się jako dokumentacja w powieści Przełęcz Diatłowa. Książka pozwala pracować wyobraźni, dociera do wrażliwości czytelnika (zwłaszcza gdy czytamy dziennik wyprawy czy dziennik jednej z ofiar tragedii – młodej, naiwnej, wesołej dziewczyny). Pozostawia w tej kwestii niedomówienia, które zdjęcia rozwiewają w sposób bardzo stanowczy i, przynajmniej w przypadku zdjęć ofiar wyprawy Diatłowa, zarezerwowanych raczej dla osób o mocnych nerwach. A jak wspomniano wcześniej, autorka zakłada z dużą dozą prawdopodobieństwa, że jej czytelnik może nie być gotów na taką dawkę dosłowności.

Czytać czy nie czytać?

No cóż, pomimo tak długiej listy zastrzeżeń, mielizn i uproszczeń – czytać. Nie jest to powieść, jakiej moglibyśmy się spodziewać. Właściwie trudno dostrzec tu nadzwyczajne walory literackie, jednak forma wybrana przez autorkę ma swoje zalety. Dlatego warto pochylić się nad książką.

Sama narratorka (a może i autorka) mówi:

Już sama nie wiem, co piszę. Może należałoby wydać te wszystkie dokumenty jako jedną książkę i zmusić czytelnika do samodzielnych rozmyślań, nie wbijając mu do głowy moich durnych wniosków? [s. 216]

Przede wszystkim – zgodnie z powyższym założeniem – zbiera ona wiele dokumentów i układa je w ciągu chronologicznym i logicznym. Podaje wprost rzeczy, które tkwią w archiwach i których prawdopodobnie nie odnajdzie przeciętny czytelnik interesujący się sprawą. Pozwala wcielić się w rolę śledczego coraz bardziej wciągając w historię, podsuwając ślady, zapiski ofiar, w końcu wnioski jakie wysunęli śledczy, lekarz itd.

Warstwa fabularna staje się niezbędna – dzięki niej archiwa nie nużą, zostały bowiem wplecione w lżejszą opowieść. Sama Anna zaś pełni bardzo ważną rolę – rekapituluje wiedzę na różnych etapach, wskazuje powiązania, porządkuje, stawia akcenty, łączy ze sobą elementy wspólne z różnych dokumentów. Nie robi tego w sposób idealny, ale wystarczający dla czujnego śledzenia kolejnych ustaleń. W końcu – zgodnie z pozwoleniem udzielonym przez autorkę, możemy zrezygnować z fabularyzowanych wstawek.

Książka ponadto pokazuje, jak w połowie ubiegłego wieku działało państwo i jego urzędnicy.  Ci, którzy umarli na nazwanej na ich cześć Przełęczy Diatłowa w nocy z 1 na 2 lutego 1959 roku, nawet w czasach Anny byli już ludźmi z minionej epoki. Matwiejewa wskazuje wprost, jak sytuacja polityczna zmienia podejście do śledztwa, a tuszowanie informacji, cenzura, przemilczenia i rozliczne rządowe decyzje wpłynęły na dotarcie do prawdy o tragedii. Dzięki dość szerokiemu tłu historycznemu wersja, którą sama proponuje jest uzasadniona i racjonalna.

Czy hipoteza dotycząca przyczyny śmierci dziewiątki osób z grupy Igora Diatłowa niedaleko zbocza Otorten jest rozwiązaniem zagadki? No cóż, z pewnością jest niezwykle prawdopodobna, ale nie zamyka dyskusji o przełęczy Diatłowa. Mit, jakim obrosła grupa, przekonanie o nadzwyczajnych walorach młodych ludzi, którzy nie mogli ot tak znaleźć się po prostu w złym miejscu i w niewłaściwym czasie – są dość silne. A zatem, niejako przy okazji mamy szansę zobaczyć, jak wykuwają się mimowolni bohaterowie wyobraźni.

Przy okazji lektury Przełęczy Diatłowa warto prześledzić te wszystkie procesy, poddać je krytycznemu namysłowi i spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie: co tak naprawdę się wydarzyło?

Dominika Pawlikowska

Sprawdź także

Zło powraca [Jakub Żulczyk, Świątynia]

Najnowsza książka Jakuba Żulczyka jest kontynuacją wznowionego niedawno Zmorojewa. Tym razem zło nie tylko dysponuje armią …